Teatr Telewizji TVP

Maciej Stuhr: emocje są ogromne

– Sam jestem ciekawy, co z tego wyniknie, bo jest to wydarzenie bez precedensu. Uważam, że jest jakiś koloryt w tych ośrodkach regionalnych, każdy ma swoją specyfikę i póki one istnieją i jakoś tam się mają, warto zobaczyć, jakie mają potencjały – mówi o spektaklu „Trzy razy Fredro” Maciej Stuhr, grający w jednoaktówce „Świeczka zgasła” w reżyserii Jerzego Stuhra.

Rozumiemy, że ojcu się nie odmawia?

– Raczej ojcu rzadko się odmawia. Raczej się przyjmuje propozycje i próbuje się wypełnić jego bardzo precyzyjne oczekiwania.

Jest Pan artystą z doświadczeniem w wielu dziedzinach – teatrze, filmie, kabarecie… Czy zmierzenie się z twórczością Fredry jest trudne?

– Jak z każdą klasyką. To jest coś takiego, że coś co jest bardzo dobrze napisane jest jednocześnie atrakcyjne do grania. Z drugiej strony bardzo wiążą się z tym określone oczekiwania odbiorców, publiczności. Każdy się na Fredrze zna, tak samo jak każdy zna się na Mickiewiczu, każdy się zna na Przyborze, czy każdy się zna na Tuwimie, czy Szekspirze. Jak się wchodzi w klasykę to trzeba mieć bardzo precyzyjny pomysł i dobry warsztat. Wskakuje się na głęboką wodę, bo oczekiwania od razu rosną.

„Świeczka zgasła” i jest ciemno. Na scenie tylko dwie postacie. Czy ma Pan pomysł jak skupić uwagę widzów? Chyba to nie jest proste?

– Próbujemy z tych utrudnień, które nam zgotował autor, zrobić jakiś walor. W horrorze jest tak, że on straszy, dopóki stwór się nie pokaże. Im się bardziej czai za krzakiem, tym jest straszniejszy, gdy go nie widać. Chcielibyśmy, żeby ta uwaga widza, to, co tam się czai pomiędzy tym dwojgiem, do czego tam może między nimi dojść, narastała. Aż do momentu kiedy oni się lepiej nie poznają.

Występował Pan w sztuce „Boska!”, która zainaugurowała odnowioną formułę Teatru Telewizji na żywo. Czy są tu jakieś dodatkowe emocje w porównaniu z pracą w żywym teatrze?

– Emocje są ogromne. Nawet powiedziałbym, że to jest stopień zdenerwowania nieporównywalny z niczym. Nawet w przypadku takich wyg jak Krystyna Janda, którą obserwowałem w spektaklu „Boska!”. Po prostu przez trzy dni chodziła z nerwów po ścianach. I na to nie ma siły – trzeba jakoś to przeżyć. Widzowie oglądają, patrzą, są ciekawi, czy przeżyjemy ten spektakl, czy nie umrzemy na apopleksję w jego trakcie. I to napędza widownię.

Czyli świadomość, że na Pana patrzą w chwili występu na żywo setki tysięcy widzów, jest?

– No, niestety jest.

Występował Pan w 10 przedstawieniach Teatru Telewizji. „Trzy razy Fredro” to spektakl na 60-lecie tego teatru – według wielu czegoś najcenniejszego co się przydarzyło w TVP. Co Pan sądzi o takim pomyśle, że spektakl nadawany jest kolejno z trzech ośrodków TVP?

– Sam jest ciekawy, co z tego wyniknie, bo jest to wydarzenie bez precedensu. Uważam, że jest jakiś koloryt w tych ośrodkach regionalnych, każdy ma jakąś swoją specyfikę i póki one istnieją i jakoś tam się mają warto zobaczyć, jakie one mają potencjały. Z drugiej strony warto przypatrzeć się, czy te trzy jednoaktówki czymś się będą różniły. Albo też jaką mają wspólną nić, wspólny mianownik. Czy jest w polskim teatrze coś, co jest bardziej trwałego niż szkoła teatralna z Krakowa, czy z Warszawy. Czy coś te podejścia łączy?

Pana ojciec Jerzy Stuhr mówi, że teksty Fredry są w dużej mierze psychologiczne. Pan jest absolwentem wydziału psychologii. Czy ten bagaż studiów może aktorowi pomóc?

– Zawsze lepiej być inteligentnym aktorem niż nieinteligentnym, choć nie jest to warunek konieczny do uprawiania tego zawodu. (śmiech) A tak na serio, znajomość mechanizmów psychologicznych jest bardzo pomocna w procesie prób. Zwłaszcza, kiedy trzeba zrobić, w tym przypadku nie całą sztukę, ale jedną scenę, w dość mimo wszystko krótkim okresie czasu. Wtedy trzeba bardzo wysilić wyobraźnię, a po drugie jakąś intuicję psychologiczną właśnie i poczuć co się stało w głowie autora, kiedy pisał konkretne rzeczy. On zapisywał tylko słowa, które aktorzy muszą wypowiedzieć, natomiast kwestia ich intencji, odczuć, motywacji, uczuć, chuci, zmęczenia, itd. – to wszystko jest pod słowami, to trzeba wydobyć w procesie prób.

Dziękujemy za rozmowę.


Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz