Teatr Telewizji TVP

Włodzimierz Press: samotnik, trochę intruz

– Gunkel to stary, samotny człowiek, trochę nudziarz, trochę intruz, stary kawaler. W odróżnieniu od pary małżeńskiej granej przez Annę Seniuk i Janusza Gajosa, on przeżywa samotność w pojedynkę – mówi Włodzimierz Press, odtwórca roli Gunkela w „Udręce życia” Hanocha Levina w reżyserii Jana Englerta.

Zacznijmy od kilku zdań o Pana roli…

– To mała rólka, zwłaszcza w porównaniu z rozbudowanymi rolami Anny Seniuk i Janusza Gajosa. Małe zadanie aktorskie, choć byłem połaskotany  w pysze i dumie, że mnie zauważono i zaproszono gościnnie do Teatru Narodowego.

Rola mała z punktu widzenia objętości tekstu, ale dostał Pan za nią dwa lata temu prestiżową nagrodę warszawskiego Feliksa w kategorii ról drugoplanowych…

– Gunkel, to stary, samotny człowiek, trochę nudziarz, trochę intruz, stary kawaler. W odróżnieniu od pary małżeńskiej granej przez Annę Seniuk i Janusza Gajosa, on przeżywa samotność w pojedynkę. Bo to sztuka o samotności w związku i poza nim, o nienawiści, która rodzi się w małżeństwach po latach, o wzajemnym zbrzydzeniu i zniechęceniu. Przyznam, że choć grałem w wielu sztukach, to tak dobrego tekstu dramatycznego na ten temat nie spotkałem. Bardzo lubię te rolę.

Czyli z samotnością jest tak, że czy jest się samemu fizycznie, czy też nie, to „na jedno wychodzi”?

– Różnie zapewne z tym bywa, każdy człowiek ma swój indywidualny los. Jest jednak taka wymowna scena w przedstawieniu, gdy Gunkel zazdrości jednak gryzącym się wzajemnie i warczącym na siebie małżonkom i mówi do nich: „Wy przynajmniej macie jedno drugiego, żeby wyszczekać, a ja nie mam na kogo szczekać”. Bardzo lubię grać tę postać. Myślę, że to bardzo dobrze napisana rola. Tragikomiczna. To dramat z rysami komediowymi.

Po wielu latach spotkał się Pan ponownie w pracy z Januszem Gajosem, Pana partnerem w kultowym serialu „Czterej pancerni i pies”. Jakie wrażenia z tego spotkania?

– Pracowaliśmy nie tylko w „Pancernych”. Spotkaliśmy się też bowiem po 32 latach od tamtych czasów w warszawskim teatrze „Kwadrat”, scenie o profilu komediowym, której styl ukształtował Edward Dziewoński. Pragnę wyrazić wielki podziw dla Janusza. Dokonał ogromnego skoku w naszym zawodzie na niezwykłą wysokość. Odnoszę wrażenie, że przełomem była dla niego kreacja w sztuce Stanisława Tyma „Rozmowy przy wycinaniu lasu”. Ogromnie go cenię i cieszyłem się, że mogłem się po latach z nim spotkać. Rozmawiamy bardzo serdecznie, głównie on słucha, a ja mówię, ale nie jesteśmy w jakiejś szczególnej prywatnej zażyłości, bo ja jestem raczej typem obserwatora, a Janusz jest człowiekiem kameralnym, introwertycznym.

Jakim reżyserem jest Jan Englert?

– Jest reżyserem wiedzącym czego chce, konkretnym w swoich oczekiwaniach. Mimo, że jesteśmy bliskimi rocznikowo absolwentami warszawskiej szkoły, pracowaliśmy razem po raz pierwszy w życiu. Jest świetnym aktorem i reżyserem, któremu dałem się prowadzić. Nie mam z tym zresztą problemu, bo czuję się aktorem nie wybitnym, ale przydatnym.

W Teatrze Telewizji zadebiutował Pan w 1970 roku w jednej ze sztuk Ernesta Brylla…

– Tak, występowałem jeszcze w przedstawieniach emitowanych na żywo, chyba w jednym z ostatnich. To była „Celestyna” Rojasa, gdzie partnerowałem jako Kalikst Staszce Celińskiej. Pamiętam jak improwizowaliśmy sceny erotyczne. To było piekło stresu i emocji. Nie były to spektakle przenoszone  z teatru, jak na ogół teraz, lecz premiery jak w teatrze, z tą różnicą, że bez możliwości powtórzenia, a więc i naprawienia błędów, po niewielu próbach, no i na oczach wielomilionowej widowni. Jednak te emocje przedostawały się do widza, poza ekran. Dzisiejsze przedstawienia są chłodniejsze, bo nie stoją za nimi tamte autentyczne stresy i napięcia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński