Teatr Telewizji TVP

Anna Seniuk: spektakl nabrał jeszcze większej głębi

– Chciałam tak zagrać tę postać, żeby w Lewiwie znalazły się wszystkie kobiety świata, wszystkie żony świata. Nie wiem, czy to mi się udało, ale w każdym razie ta postać nie jest taka jednorodna. Chodzi o różne charaktery kobiet, różne sposoby dialogowania, różne pomysły na pokonanie trudności porozumienia się z partnerem, różne pomysły na zatrzymanie tego partnera przy sobie – mówi Anna Seniuk, grająca rolę Lewiwy w „Udręce życia” Hanocha Levina w reżyserii Jana Englerta.

Czy pamięta Pani swoje wrażenia z lektury sztuki Hanocha Levina „Udręka życia”?

– Ja nie muszę pamiętać. Cały czas żyjemy z tą sztuką. To przedstawienie cały czas jest grane w Teatrze Narodowym. Każdego miesiąca. Myślę, że ta sztuka cały czas jest ze mną. Wspominać ją będę dopiero za jakieś kilkanaście lat.

Jak Pani sobie pomyślała przyjmując rolę w „Udręce życia” – postać Lewiwy jest jakby napisana dla mnie, czy też raczej – muszę się wgryźć w tę rolę i czeka mnie przy tym spory wysiłek?

– Każda rola, którą dostaję, jest dla mnie wyzwaniem. Zawsze pierwszego dnia myślę, że nie podołam. Drugiego dnia jeszcze bardziej się w tym upewniam. A dopiero później powolutku, powolutku przy pomocy reżysera i partnerów z planu dochodzimy do ostatecznego rezultatu.

Co w postaci Lewiwy jest wspólnego dla innych kobiet znajdujących się w jej sytuacji, sytuacji dość powszechnej, a co indywidualnego, odrębnego?

– Chciałam tak zagrać tę postać, żeby w Lewiwie znalazły się wszystkie kobiety świata, wszystkie żony świata. Nie wiem, czy to mi się udało, ale w każdym razie ta postać nie jest taka jednorodna. Chodzi o różne charaktery kobiet, różne sposoby dialogowania, różne pomysły na pokonanie trudności porozumienia się z partnerem, różne pomysły na zatrzymanie tego partnera przy sobie. Oczywiście to wszystko bardzo płynnie przechodzi z jednego wcielenia w drugie. Ale to ciągle jest ta sama postać – kobieta, wieczna kobieta.

Co widz może wynieść po obejrzeniu tego przedstawienia? Czy mamy tu do czynienia z jakimś oczywistym przesłaniem sztuki Hanocha Levina, czy też każdy oglądający musi odczytać to po swojemu?

– Myślę, że najciekawsza jest sytuacja, kiedy nie ma tego oczywistego przesłania. Wtedy każdy ma prawo i szansę zobaczyć w tej sztuce coś, czego sam poszukuje. Myślę, że każdy z widzów znajduje tam coś innego. Ta sztuka Levina jest uniwersalna.

Nieczęsto zdarza się, że spektakl Teatru Telewizji jest rejestrowany w tym samym miejscu, gdzie odbywają się przedstawienia teatru na żywo. W tym przypadku chodzi o salę w Teatrze Narodowym. Jak Pani wspomina różnice w pracy nad spektaklem w obu tych formułach? Jedna jest oczywista, że w spektaklu Teatru Telewizji na widowni nie było publiczności…

– Mnie się wydaje, że nam było łatwiej – to znaczy aktorom: mnie, Januszowi Gajosowi i Włodkowi Pressowi. Łatwiej, bo byliśmy u siebie. Scena sprawiała natomiast ogromne problemy operatorom, dźwiękowcom i wszystkim, którzy realizowali spektakl. Przedsięwzięcie było na pewno karkołomne. Wydaje mi się, że to się sprawdziło. Atmosfera tego teatru, jak później widzimy w spektaklu, to atmosfera świata, bo ten teatr jest w pewnym momencie światem dla tych bohaterów. Wydaje mi się, że dzięki pomysłowi nagrania właśnie w Teatrze Narodowym, a nie w studiu, spektakl nabrał jeszcze większej głębi.

Zagrała Pani w dziesiątkach spektakli, zarówno w teatrze żywym, jak w Teatrze Telewizji. W Teatrze Telewizji miała Pani swój wkład w jego „złoty okres”, który przypadł na lata 60. i 70. ubiegłego wieku. Jakie spektakle, czy też może praca, z którymi reżyserami utkwiła Pani w pamięci najbardziej?

– Są oczywiście takie spektakle, które się pamięta. Wspominam z wielkim sentymentem moje pierwsze spektakle w Starym Teatrze w Krakowie, kiedy – jeśli można tak powiedzieć – wpadłam w ręce Konrada Swinarskiego, czy Jerzego Jarockiego. Są to pamiętne przeżycia i to były moje jedne z najlepszych ról tego okresu. Miałam ogromne szczęście, że zaczynałam wtedy, kiedy Stary Teatr był u szczytu rozkwitu. Natomiast, jeśli chodzi o Teatr Telewizji, to miałam okazję pracować z wieloma reżyserami, m.in. Zygmuntem Huebnerem, Gustawem Holoubkiem, Konstantym Ciciszwilim, Ludwikiem Rene, Maciejem Wojtyszką, Andrzejem Łapickim, czy Tomaszem Zygadłą.

Obecnie Teatr Telewizji wydaje się mieć zadyszkę. Jak Pani ocenia tę formę z punktu widzenia aktora i widza?

– Teatr Telewizji miał i myślę, że ma ogromne znaczenie. Powinien trwać jako nasza polska specyfika. Nie ma co oglądać się na Zachód, że tam nie ma cyklicznych spektakli telewizyjnych. To było nasze, polskie. Wiem, bo rozmawiam z ludźmi, którzy przed wielu laty czekali na ten poniedziałek, zasiadali przed telewizorem całymi rodzinami i oglądali. To był jakiś rytuał. To była nasza polska tradycja. Niestety, zagubiliśmy ją. Bardzo dobrze, że są przeniesienia z teatrów, ale wolałabym, żeby były spektakle robione tylko dla telewizji. Wiem, że jest widownia i ta widownia czeka.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz