Teatr Telewizji TVP

Janusz Gajos: śmiech w tonacji minorowej

– Autor tego tekstu stawia filozoficzne pytanie, czy można odwrócić życie i zacząć wszystko od początku, ale odpowiedź na to jest tragiczna: nie da się – mówi Janusz Gajos, odtwórca roli Jony Popocha w „Udręce życia”.

Czy podobnie jak reżyser Jan Englert odbiera Pan tę sztukę jako komediodramat?

– W pewnym sensie tak, tym bardziej, że tekst określony jest jako komedia małżeńska. Z tym, że ci, którzy oczekują komedii stricte, jako formy typowo rozrywkowej, mogą poczuć się nieco wprowadzeni w błąd. Rzecz zaczyna się bowiem co prawda od banalnej i nieco zabawnej utarczki małżeńskiej, ale przeradza się w rozmowy na zasadnicze tematy egzystencjalne, życiowe, niemal filozoficzne. Nie zmienia to faktu, że jest w tej sztuce wiele komizmu, może nie takiego, żeby śmiać się beztrosko, ale komizmu podszytego goryczą. Jednak śmiech jest zawsze śmiechem. Dobrze nam robi.

Jaki jest główny temat sztuki?

– Wynika z pytania, czy da się odwrócić życie i zacząć wszystko od początku. To filozoficzne pytanie, ale odpowiedź na nie jest tragiczna – nie da się.

Czy widz może z tego przedstawienia wywnioskować, że małżeństwo to instytucja skazana na nieuchronną porażkę?

– Sztuka nie dotyczy wyłącznie kwestii małżeństwa. Obejmuje rozważania o tym, jak się przeżyło swoje życie. Rzadko kto jest zadowolony z tego, co ma poza sobą. Każda odpowiedź w mniejszym czy większym stopniu jest w tonie minorowym.

Co charakteryzuje Pana bohatera, Jonę, poza tym że znajduje się w powszechnej relacji małżeńskiej? To on bardziej krzywdzi, czy jest bardziej krzywdzony, bardziej czy mniej winny?

– Każdy z nas krzywdzi innych, ale bardzo często nieświadomie. Nie widzę ani w postępowaniu Jony, ani jego żony Lewiwy celowości w krzywdzeniu drugiej strony. Mimo to, jak w każdym związku, dochodzi do częstych zadrażnień, wzajemnych upokorzeń. Najdobitniejszym akcentem sztuki jest jednak poczucie dramatycznej bezradności wobec faktu, że życie się kończy, że chciało by się je przedłużyć, a to jest niemożliwe.

Jaka rolę wobec małżeństwa Popochów spełnia Gunkel grany przez Włodzimierza Pressa?

– Zjawia się niczym deus ex machina, z zewnątrz, żeby uzmysłowić małżonkom, że w ich małżeństwie jest jeszcze gorzej niż myślą, ale jednocześnie, że jeszcze gorzej jest być samotnym, tak jak Gunkel. Zaczynają więc myśleć jeśli nie bardziej optymistycznie, bo optymizmu tam nie ma, to stają się dla siebie bardziej wyrozumiali wobec zdarzenia, które nazywa się życie.

Czy przeniesienie „Udręki życia” z Teatru Narodowego na scenę telewizyjną wiąże się z jakimś przesunięciem akcentów w przedstawieniu?

– Nie, to jest to samo przedstawienie, tyle tylko że telewizyjna technika pozwala inaczej spojrzeć na scenę, na grających aktorów.

W tym roku minęło już 46 lat od Pana debiutu w Teatrze Telewizji, w epizodzie w łódzkim przedstawieniu według „Ziemi obiecanej” Reymonta. Przeglądając Pana role od tamtego czasu nie sposób nie zauważyć, że są one bardzo różnorodne i wbrew temu, co czasem się mówiło, wcale nie został Pan zaszufladkowany w postaci Janka z „Czterech pancernych”. Które z ról ceni Pan sobie najbardziej?

– Grałem dużo w Teatrze Telewizji, ale najciekawsze role pojawiły się w połowie lat osiemdziesiątych – Rogożyn w „Myszkinie” według „Idioty” Dostojewskiego, Horwath w „Opowieściach Hollywoodu”, Bukar w „Przestawieniu Hamleta we wsi Głucha Dolna”, a na początku lat dziewięćdziesiątych np. Bach w „Kolacji na cztery ręce” czy tytułowy Kean. Jako aktorowi forma Teatru Telewizji odpowiada mi bardzo, jako że łączy w sobie i teatr, i dającą inne możliwości formę ściśle telewizyjną.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz