Teatr Telewizji TVP

Ignacy Gogolewski: nie uchodzi, nie uchodzi

– Tym powiedzonkiem Kapelan niby trochę próbuje dyscyplinować panów oficerów, ale z rezygnacją i bez przekonania, bo wie że jego „nie uchodzi” na niewiele się zda – mówi Ignacy Gogolewski, kreujący rolę Kapelana w telewizyjnym przedstawieniu „Damy i huzary” Aleksandra Fredry w reżyserii Krystyny Jandy.

Proszę opowiedzieć o swoim Kapelanie…

– To kapelan wojskowy, starszy już ksiądz, który, jak to się mówiło, zjadł zęby na wojsku i do głębi zna psychikę i obyczaje wojskowych. Rola niby nie jest obszerna, ale kapelan ma wiele do powiedzenia leciwym, jak na owe czasy, panom oficerom. Jak na owe czasy, bo dziś mężczyzna po pięćdziesiątce jest w kwiecie wieku.

Ulubione powiedzenie Kapelana, to „nie uchodzi, nie uchodzi”…

– To taki jego znak firmowy. Tym zwrotem niby trochę próbuje dyscyplinować i temperować panów oficerów, ale z rezygnacją i bez przekonania, bo wie że jego „nie uchodzi” na niewiele się zda.

To Pana kolejna rola kostiumowa….

– Ale jaki to kostium! Trochę sutanny, trochę munduru. Zresztą w „Damach i huzarach” w telewizji zagrałem już wcześniej. Pięćdziesiąt lat temu, rolę Edmunda, u reżysera Józefa Słotwińskiego.

Z pobieżnego choćby przeglądu Pana ról jasno wynika, że kostium był dla Pana niemal chlebem powszednim…

– To prawda. Być może warunki predysponowały mnie do takich ról. Poza tym jednak dawniej było więcej po temu okazji, bo kręcono filmy historyczne, kostiumowe, a w Teatrze Telewizji pokazywano dużo klasyki. Do tego rodzaju kostiumu niektórzy aktorzy nadają się, inni mniej lub wcale. Ale grałem też sporo w stroju współczesnym.

Jak ocenia Pan współpracę z młodszą koleżanką, Krystyną Jandą?

– Pracuję z nią już od dłuższego czasu, a po raz drugi w Teatrze Telewizji. Pani Krystyna wie czego chce, ma świetny sztab współpracowników. Mogę mówić o tej współpracy w samych superlatywach.

Pana dorobek w Teatrze Telewizji jest ogromny i ma bardzo długą metrykę sięgającą 1957 roku…

– To prawda, czyli to już ile? 58 lat. Mój Boże. Jedna z pierwszych moich ról była też we Fredrze, w „Zemście” reżyserowanej przez Jana Kreczmara. Przez kilka pierwszych lat były to, z uwagi na mój młody wiek, epizody. Pierwszą większą rolę, Roderyka w „Cydzie” Corneille’a dał mi Ludwik Rene, bodaj w 1963 roku. W tym samym roku dwukrotnie do swoich realizacji zaangażował mnie Jerzy Antczak: do roli tytułowego „Kordiana” i do „Szklanej menażerii” Williamsa. A potem worek z propozycjami się rozwiązał i do początku lat osiemdziesiątych nie było roku, w którym bym nie zagrał czegoś w Teatrze Telewizji.

Które z ról najlepiej Pan wspomina?

– Bardzo ceniłem sobie współpracę z Jerzym Antczakiem w „Mistrzu” Skowrońskiego, w „Skowronku” Anouilha czy w „Fantazym” Słowackiego. Bardzo sentymentalnie wspominam współpracę z Gustawem Holoubkiem w „Mazepie” Słowackiego, gdzie zagrałem rolę tytułową. Ciekawa też była współpraca, w roli Dymitra, z Jerzym Krasowskim w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego, ze Stanisławem Wohlem w „Gospodzie pod Królową Gęsią Nóżką” France’a, ze Staszkiem Brejdygantem w „Amfitrionie 38” Giraudoux w roli Jowisza czy w „Zmowie świętoszków” Bułhakowa u Macieja Wojtyszki, w roli Ludwika XIV. Sam wyreżyserowałem „Pannę Molierównę” Anouilha i „Kroniki królewskie” według Wyspiańskiego. Ciekawie wspominam też pracę ze Zbyszkiem Zapasiewiczem jako reżyserem w „Horsztyńskim” Słowackiego, w roli Hetmana Kossakowskiego.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński