Teatr Telewizji TVP

wywiady

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Grażyna Barszczewska: o miłości można w nieskończoność

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Grażyna Barszczewska: o miłości można w nieskończoność

Teatralna tradycja dialogu między mężem i żoną, czy w ogóle między kobietą i mężczyzną jest bardzo bogata, bo znajdujemy je i u Szekspira, i u Moliera, de Musseta, Strindberga, Dario Fo, Ingmara Bergmana. Czy w choćby ogólnym sensie nawiązuje Pani do tego ?

– Wydawało by się, że temat jest wyeksploatowany, że o parach małżeńskich czy niemal małżeńskich w teatrze czy filmie powiedziano już wszystko, a tymczasem okazuje się, że o miłości można w nieskończoność. Za każdym razem możemy zobaczyć Ją i Jego na nowo, z innej perspektywy, czasem krzywego zwierciadła, bo „małżeństwo jak każda sztuka nie może się obyć bez scen”....

Skąd wziął się Pani pomysł na swoistą przypowieść o kobiecie i mężczyźnie, według tekstów Grodzieńskiej i Jurandota ?


– Z tekstami Stefanii Grodzieńskiej zetknęłam się już dawno temu, w latach siedemdziesiątych, i od tego czasu nie pominęłam żadnej nowej książki czy felietonu tej „humorystki”, która dziś świętowałaby 100- lecie urodzin. Odeszła kilka lat temu i była to najmłodsza kobieta, jaką znałam! Pani Stefania nie pisała sztuk, więc przygotowując scenariusz przeczytałam kilkakrotnie wszystko co napisała i lepiłam tę opowieść z fragmentów Jej felietonów, książek wspomnieniowych czy skeczy. Miałam też zaszczyt wielokrotnie rozmawiać z panią Stefanią, a przed premierą dostałam błogosławieństwo na ten teatralny wieczór z jej „kawałków”, jak z uśmiechem mówiła o swojej twórczości. Siła tego co pisała tkwi w jej wspaniałym poczuciu humoru, autoironii, celnej satyrze, wdzięku, z jakim obserwowała świat i w jej ponadczasowej klasie. Groteska, pure nonsense, żart abstrakcyjny – to także wiersze i piosenki Jerzego Jurandota – prywatnie męża Stefanii Grodzieńskiej. Jest też drugi istotny powód mojego wyboru. To mój brak poczucia humoru wobec tzw. rozrywki, która mnie osobiście nie bawi, nie śmieszy... Na takie dosadne niepoczucie humoru, które jest niestety wszechobecne...

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Grzegorz Damięcki: małżeństwo to niewyczerpana inspiracja

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Grzegorz Damięcki: małżeństwo to niewyczerpana inspiracja

Kim jest ten On? To postać z prozy Stefanii Grodzieńskiej, postać fikcyjna czy trochę Pan, Grzegorz Damięcki?

– Wszystkiego po trosze. Wiadomo, że każdy, kto jest lub był w związku małżeńskim, wie, że to często prawdziwy poligon, gdzie plus z minusem i białe z czarnym nieustannie się ścierają. Z nieporozumień bądź porozumień małżeńskich powstały przez wiele wieków tysiące anegdot. Małżeństwo to niekończąca się inspiracja do żartu, zadumy, złości i wszystkiego, co można sobie wyobrazić. Jest w tym też wszystko, co może być pożyteczne dla aktora.

Czym odznacza się sposób pisania o małżeństwie charakterystyczny dla Stefanii Grodzieńskiej?

– Przede wszystkim finezją i inteligencją. Także mistrzowskim skrótem, który bardzo sobie w sztuce cenię. Jest tu też wiele abstrakcyjnego poczucia humoru, które ma tę cechę, że przekracza epoki, uwalnia humor od przypisania tylko do jakiegoś określonego czasu i pozwala rozumieć go kolejnym generacjom. A na tym przedstawieniu także młodzież bardzo dobrze się bawi, odnajduje swoje własne śmiesznostki. Do tego dochodzi umiejętność Stefanii Grodzieńskiej płynnego przechodzenia od humoru krotochwilnego do refleksji i namysłu. To przedstawienie jest jakby przeglądem tego, co może się zdarzyć między kobietą a mężczyzną. Zarówno parze ludzi prostych, jak i wykształconych, młodych i starych, mających za sobą długi lub krótki staż małżeński. Każda para jest trochę inna.

Jakie cechy ma ta konkretna para z przedstawienia?

– Cechy i przypadłości większości par, małżeńskich czy niemałżeńskich, czyli problemy z porozumieniem się, trwaniem w swoich nawykach, powracaniu do starych wątków, wypominaniem sobie różnych prawdziwych lub urojonych przewinień, epizodami związanymi z zazdrością, uzasadnioną lub nie. Jest taka anegdota małżeńska, w której młody dziennikarz zapytał panią z sześćdziesięcioletnim stażem małżeńskim, jak trzeba postępować, żeby tak długo przetrwać w małżeństwie. W odpowiedzi usłyszał, że ona jest z epoki, w której się różne rzeczy naprawiało, a nie wyrzucało. A my dziś wszystko wyrzucamy, przedmioty i ludzi. Ludzie wiążą się ze sobą i czasem wystarczy, że się kilka razy pokłócą, już się ze sobą rozstają. Nie potrafią ze sobą rozmawiać i próbować przezwyciężać kryzysy. W kręgu znajomych z mojego pokolenia niewiele małżeństw przetrwało. Grodzieńska pokazuje, że można trwać w małżeństwie, ale nie z obłudy czy wygodnictwa jak w „Moralności pani Dulskiej”, tylko naprawdę się rozumieć. W tekście Grodzieńskiej podoba mi się też warszawski folklor, z którym jako urodzony w tym mieście miałem do czynienia od dzieciństwa.

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Andrzej Poniedzielski: komedia trochę neurotyczna

„Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” – Andrzej Poniedzielski: komedia trochę neurotyczna

Kim jest grana przez Pana postać, w teatrze Głos, w widowisku telewizyjnym nie tylko głos, ale także postać widzialna? Jaka jest relacja Pana postaci do dwojga uczestników scenicznego dialogu?

– Chyba najbliżej temu panu do jednoosobowego chóru greckiego, który z dystansem, racjonalnie, choć czasem złośliwie komentuje wspomniane małżeńskie sprawy, spory, dialogi, wojenki. Można go uznać za skromnego filozofa, który komentuje sprawy tego świata, pośród których sprawy małżeńskie nie należą do najmniej ważnych. I do niełatwych, na które, jak wiadomo, nie ma mądrych, nawet pośród filozofów.

Nie wszyscy są wystarczająco zorientowani w historii teatru, więc przypomnijmy, że chór grecki występował w starożytnych, greckich tragediach teatralnych i jego rolą było komentowanie z boku wydarzeń dziejących się na scenie…

– Tak, i ten chór odznaczał się dystansem, czasem nie pozbawionym akcentów złośliwych. I właśnie dystans to jakość, która charakteryzuje styl pisania i postawę życiową Stefanii Grodzieńskiej. Dystans Stefanii był, że tak powiem, integralny, więc miała go także do własnego pisania. W związku z tym nie oczekiwała, że jej komentarze dotyczące blasków i niedoli życia małżeńskiego będą brane zupełnie na serio, czyli bez dystansu. Wręcz przeciwne, na taki dystans ze strony czytelnika liczyła. To, co zrobiliśmy wspólnie z Grażyną Barszczewską i Grzegorzem Damięckim, to sztuka, tylko sztuka – chciało by się rzec, czyli coś poniekąd sztucznego, jak sama nazwa wskazuje, a zatem nie należy wyciągać z niej zbyt daleko idących wniosków.

„Sceny” są gatunkowo komedią?

– Mimo, że zasugerowałem pokrewieństwo z chórem greckim, tragedią na pewno nie są. Powiedziałbym, że, zgodnie z intencjami Stefanii, jak myślę, to rodzaj komedii, trochę neurotycznej i jednocześnie obyczajowej, poświęconej relacjom miedzy kobietą i mężczyzną.

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Barbara Wrzesińska: między mężczyzną a diabłem

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Barbara Wrzesińska: między mężczyzną a diabłem

W imieniu Disperanda pobrzmiewa „desperacja”. To właściwe skojarzenie?

– W takim tekście każde miano jest mówiące, jak w osiemnastowiecznej komedii. Królewna Disperanda desperacko szuka właściwego męża, ale widzi, że najlepsi kandydaci garną się do prostej służki Kasi. Jej zaś, Disperandzie, trafiają się kandydaci, którzy się jej nie podobają. Szuka więc pomocy u zakonnika, Ojca Scholastyka, ale ten ma dla niej tylko oschłe słowa, że królewna ma przede wszystkim obowiązki wobec dynastii i pod tym kątem powinna myśleć o mężu. Zdesperowana, ulega namowom diabełka Lucjusza, który obiecuje, że znajdzie jej odpowiedniego męża. Poleca jej opisanie, jak sobie przyszłego męża wyobraża, no i podpisanie tego własną krwią, czyli złożenie cyrografu. Mówiąc w skrócie, Disperanda to kobieta, która znalazła się w kleszczach między mężczyzną a diabłem.

No i jak będzie z tym mężem?

– O jej rękę ubiega się książę Ismael z Solfernezji, pełen zalet, nawet przystojny, ale Disperanda nie wie, że pod tą figurą kryje się radca piekielny Solfernus. Najpierw jednak Disperanda trafi do piekła, ale więcej nie zdradzę, żeby nie psuć zabawy widzom.

Właśnie, jakim widzom? To przedstawienie miało premierę w 1980 roku i jako typowy spektakl Teatru Telewizji adresowane było do widzów dorosłych, ale przez te lata publiczność się zmieniła…


– Wiem, co pan ma na myśli. Że jeszcze trzydzieści lat temu tego typu baśniowe widowiska można było adresować do widzów dorosłych, a dziś jest to trudniejsze…

Właśnie. Co się zmieniło?

– Ginie wyczucie konwencji. Nawet dzieci, jak zauważyłam, coraz trudniej przyswajają bajki, wychowane na obecnej telewizji i od dzieciństwa wdrażane do Internetu.

Myślę jednak, że takiego przedstawienia jak „Igraszki z diabłem” nawet dziś nie można potraktować jako wydłużonej „Dobranocki” i adresowane może być także do widzów dorosłych…

– Tak, w tym przypadku to prawda. Bo jednak konwencja i język, jaki zastosował w swojej komedii Drda, ma charakter pastiszowy, parodystyczny, jest w tym wiele ironii, wieloznaczności, odwołań kulturowych, znaczeń, nawet – myślę – filozoficznych.

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Marian Kociniak: wyprowadzić diabła w pole

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Marian Kociniak: wyprowadzić diabła w pole

Trochę mi ten przez Pana grany Marcin przypomina Franka Dolasa, głównego bohatera popularnej filmowej komedii wojennej „Jak rozpętałem II wojnę światową” Tadeusza Chmielewskiego.

– Bo coś tu jest na rzeczy. To też zawadiaka, pyszałek, zarozumialec, taki chojrak i sowizdrzał. Tyle, że nie polski, ale czeski. Jak się okazuje, także w tradycji czeskiej, mniej wojowniczej niż nasza, tego rodzaju postać występuje. Marcin wydaje walkę samemu diabłu. Legenda czy mit o prostym dzielnym człowieku, który „wyonaca” czyli wyprowadza w pole diabła, jest obecny w bajkopisarstwie różnych krajów, zwłaszcza naszego środkowoeuropejskiego kręgu kulturowego.

Już przeszło pół wieku minęło od Pana debiutu w Teatrze Telewizji, w 1961 roku. Jak Pan wspomina początki?

– Zetknąłem się wtedy z reżyserką, panią Lucyną Tychową, która dwa razy mnie zaangażowała, raz do jakiegoś przedstawienia według prozy Czeszki, a potem do „Dziejów jednego pocisku” Struga. Były to przedstawienia, jak to w tamtych czasach, mocno zaangażowane ideowo i społecznie.

Pracował Pan też z Zygmuntem Hübnerem, Konstantym Ciciszwilim, Jerzym Antczakiem, Ludwikiem Rene…


– Czyli większością ówczesnej czołówki realizatorów telewizyjnych.

A jak się Panu pracowało z reżyserem „Igraszek” Tadeuszem Lisem?

– Bardzo dobrze. To był sprawny reżyser telewizyjny, który zrealizował sporo ciekawych widowisk. Nie wiem, co się z nim stało.

Czy któryś ze spektakli zapamiętał Pan szczególnie?

– Na przykład „Pożegnanie z Marią” według opowiadania Tadeusza Borowskiego, z jego specyficznie warszawskim klimatem okupacyjnym, znanym mi z dzieciństwa chłopaka warszawskiej ulicy. Dobrze wspominam też współpracę z Maćkiem Prusem w „Czekając na Godota” Becketta w roli Lucky’ego, Drewnowskiego w „Popiele i diamencie” w reżyserii Hübnera, Clesingera w przedstawieniu „Lato w Nohant” w reżyserii Olgi Lipińskiej, Jasona w „Skamieniałym lesie” u Andrzeja Łapickiego.

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Wojciech Pokora: kto mieczem wojuje…

„Igraszki z diabłem”, reż. T. Lis – Wojciech Pokora: kto mieczem wojuje…

Ojciec Scholastyk, to postać uosabiająca wady kleru?

– W tym przypadku raczej jedną z nich, dogmatyzm, odwrócenie się od życia. Ojciec Scholastyk nie jest chciwy ani żądny ziemskich rozkoszy. Jest odporny na ziemskie pokusy, choćby na pieczeń, którą posyła mu Lucjusz. Żyje na pustkowiu, umartwia się, modli, żywi korzonkami i owadami. Mimo to nie jest dobrym człowiekiem, dobrym chrześcijaninem, bo rozpiera go pycha, a ta, jak wiadomo, jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Jest samolubny, małostkowy. No i wrogi łatwym rozgrzeszeniom, gdy mówi: „Gdyby wybryki, czyny rozpustne i nierządne były tak sobie lekko ręką odpuszczane, wkrótce nie byłoby żadnej dyscypliny na świecie! Każdy by sobie grzeszył na wesoło, ile tylko dusza czy grzeszne jego ciało zapragnie. Wszyscy mówiliby sobie: przecież mi to Pan Bóg i tak przebaczy!”. Kiedy dowiaduje się, że dwie młode niewiasty, Kasia i królewna Disperanda, mają iść do nieba, woła: „Rozpustnice! Bezwstydnice! Dziewki rozwiązłe! Do tego samego nieba co ja, święty ojciec Scholastyk! Miałbym iść do jednego nieba razem z grzesznymi dziewkami?”. To oczywiście w sztuce Drdy podane jest w sosie komediowym, nawet farsowym.

Jak kończy się w „Igraszkach” los Ojca Scholastyka?

– Zostaje ukarany za pychę dogmatyzmu i grozi mu wtrącenie do piekła, czemu sprzyja nawet Anioł Teofil, ale w końcu ratuje go Marcin, który zapędza go do pracy w młynie.

Czyli spotyka go los na wskroś ludzki, tak mu daleki…


– Dokładnie tak. Bo, jak mówi pismo: „Kto mieczem wojuje, od miecza zginie” (śmiech).

Czeska farsa zawsze była silnie nasycona elementami antyklerykalnymi…

– Czeska szczególnie, bo to naród bardzo mało religijny. Skądinąd to ciekawe, że tak bliscy nam słowiańscy pobratymcy mają tak odmienny od nas stosunek do religii, do Kościoła, do wiary. Jednak także w polskim piśmiennictwie spotyka się podobne akcenty, nawet w tych widowiskach pasyjnych, które tak pięknie robił Kazimierz Dejmek. A co do antyklerykalizmu, to także w Polsce istnieje jego odmiana tzw. ludowa, kiedy chłop wierzy i chodzi do kościoła co niedzielę, ale patrzy księdzu na ręce i nie lubi jak mu się on wtrąca do spraw gospodarskich.

„Operacja Reszka” – Piotr Jegliński: „Reszka” to byłem ja

„Operacja Reszka” – Piotr Jegliński: „Reszka” to byłem ja

Oglądaj spektakl na vod.tvp.pl

Autorem scenariusza „Operacji Reszka” jest Pana przyjaciel Włodzimierz Kuligowski. Jak doszło do powstania tego scenariusza?


– W Instytucie Pamięci Narodowej zostały odnalezione papiery pod tytułem „Operacja Reszka”. Włodzimierz Kuligowski zainteresował się tym i zwrócił się do mnie z różnymi pytaniami. Spotykaliśmy się często i przedstawiałem mu szczegóły tej sprawy, a on szalenie się tym rozentuzjazmował.

Czyli Włodzimierz Kuligowski połączył wiedzę zaczerpniętą z dokumentów z IPN z Pańskimi informacjami?

– Tak. Odnalazły się unikalne dokumenty i aż dziwię się, że ich nie zniszczono. Jest tam np. kontrakt MSW z agentem. Opisane w nim były wszystkie powinności tego agenta, ale także MSW w razie wpadki. Było tam zapewnienie agentowi bezpieczeństwa materialnego – chodziło o odkładanie na książeczkę PKO pieniędzy co miesiąc. W razie czego centrala miała go reklamować, czyli wymienić na innego szpiega. I tak się stało.

Chodzi tu o osobę, która występuje w spektaklu jako Kazimierz?

– Tak, to Kazimierz Charzewski. To nazwisko nie jest tajemnicą. Jest ono upublicznione, więc nie ma potrzeby ukrywania.
 
Rozumiem, że na początku działał wspólnie z Panem w dobrej wierze, a później został zwerbowany?

– Tak. Przyjechałem do DDR-u w końcówce 1976 roku i przywiozłem książki i powielacz – to był pierwszy powielacz przywieziony do kraju i dzięki niemu powstała podziemna oficyna NOWA. Kazimierz studiował w Dreźnie i u niego te rzeczy zostawiłem. Tam przyjeżdżali moi koledzy i odbierali. Był taką skrzynką kontaktową. Po niecałym roku SB się zorientowała w całej sprawie obserwując częstotliwość pojawiania się nowych książek w środowisku KUL-u i w Warszawie. Były to czasy, kiedy takie książki nie pojawiały się w dużej liczbie. Przypuszczam, że polskie służby zaczęły śledzić tropy. I tak dotarli do Drezna i Kazimierza Charzewskiego. Są też przypuszczenia, że Kazimierza zadenuncjował kolega, który z nim studiował. W każdym razie Charzewski został zatrzymany na granicy i postawiono go przed wyborem, że albo zostanie przekazany enerdowskiej STASI czy Rosjanom, albo zdecyduje się na współpracę. Dodam tu tylko, że przewiozłem kilkadziesiąt tysięcy ulotek z apelem do żołnierzy z Armii Sowieckiej. Jak dzisiaj na to patrzę, to było zupełne szaleństwo. Tekst był napisany po polsku i po rosyjsku, mojego autorstwa.

Jakie były konsekwencje tej współpracy Kazimierza?

– Od chwili podjęcia współpracy przez Charzewskiego książki i materiały odbierane przez moich kolegów były przechwytywane. Jednak nie wszystkie. Bo jak z nim rozmawiałem telefonicznie, to upominałem się o jakieś książki i musieli część przepuścić, żebym się nie zorientował, że coś jest nie tak.

„Operacja Reszka” – Zdzisław Wardejn: był taki pułkownik

„Operacja Reszka” – Zdzisław Wardejn: był taki pułkownik

Pana postać ma swój ścisły odpowiednik w rzeczywistej postaci?

– Tak, był taki pułkownik MSW, który odegrał w tej operacji istotną rolę. Ale ja w konstruowaniu postaci nie zajmowałem się odtwarzaniem konkretnej osoby, ale raczej typu wysokiego oficera PRL-owskich służb specjalnych.

Pan zetknął się z ich przedstawicielami…

– Tak. Z UB. To było w Poznaniu w 1956 roku. Miałem 16 lat, byłem  uczniem technikum.  Wtedy przydarzyła mi się ta niesamowita historia – zostałem uznany za zabitego w zamieszkach ulicznych i pod moim nazwiskiem, jako mnie, pochowano innego człowieka. Zostało to opowiedziane w dokumentalnym filmie Michała Dudziewicza „Paradoks o konduktorze”, jako że człowiek, który został pochowany jako ja, był konduktorem. W tym filmie osobiście opowiadam do kamery o tym, co mi się wtedy przydarzyło. Po tym zdarzeniu esbecy mnie przesłuchiwali. Z doświadczenia więc wiem z czym to się je.

I przydało się to Panu do konstruowania postaci?

– Tak, choć w bardzo ogólnym sensie, jako efekt wyczucia klimatu, stylu bycia, mentalności tego rodzaju ludzi. Poza wszystkim jestem z pokolenia, które spędziło w PRL większość swojego życia, więc nie aż tak trudno mi było wcielić się w postać z tamtych czasów. Nieraz przecież widywaliśmy ich w telewizji. No, a najważniejsza jest jednak zawodowa, aktorska wyobraźnia.

Granie postaci tajemniczych, dwuznacznych, mrocznych bywało dość często Pana aktorską specjalnością, że wymienię rolę księdza Negri w „Beatrix Cenci” Słowackiego w reżyserii Gustawa Holoubka…

– Aktorowi z taką metryką jak ja, a jestem w zawodzie prawie pół wieku, musiały się przydarzyć role najrozmaitszego autoramentu. Lubię postacie niejednoznaczne. Kiedy w Teatrze Telewizji grałem postać szlachetnego markiza Posy w „Don Carlosie” Schillera w reżyserii Macieja Bordowicza, to starałem się nasycić ją takimi cechami, które sprawiły, że jego szlachetność była niejednoznaczna i dla widzów nie znających tekstu dramatu prawie do końca trudna do rozszyfrowania.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński

„Operacja Reszka” – Zbigniew Lesień: typ charakterystyczny

„Operacja Reszka” – Zbigniew Lesień: typ charakterystyczny

Jak to jest wyobrazić sobie dla potrzeb roli postać PRL-owskiego generała MSW?

– Miałem już wtedy za sobą doświadczenie w tego typu paradokumentalnej formie teatralnej, w Teatrze Faktu. Mam na myśli rolę Jarosińskiego, sekretarza PZPR, w widowisku „Mięso”, dotyczącym tzw. afery mięsnej i sprawy Wawrzeckiego. Tego typu postacie są w pewnym stopniu pokrewne, reprezentujące ogólny typ peerelowskiego aparatczyka, czy to wojskowego, czy cywilnego, z jego charakterystycznym językiem, mentalnością, sposobem bycia. Każdy, kto pamięta tamte czasy, kogoś takiego widział albo słyszał o nim choć raz, czasem w urzędzie, czasem w telewizji, studenci spotykali się z takimi typami wykładowców w studium wojskowym, z ludźmi, którzy przyszli znad Oki. W związku z tym, że i ja dobrze pamiętam tamte czasy, miałem okazję poczynić tego typu obserwacje, które posłużyły mi do stworzenia tego typu postaci na ekranie. Na przykład w latach osiemdziesiątych byłem szefem ZASP na Dolnym Śląsku i w stanie wojennym przesłuchiwano mnie na taką okoliczność, że jakoby kieruję tam bojkotem aktorskim. Przesłuchiwało mnie dwóch takich, jeden „dobry”, drugi „zły”, według podręcznikowego schematu. Teraz widuję niektórych z nich w teatrze, już bardzo starszych panów, poruszających się o lasce. Bardzo lubią kulturę. Może przychodzą popatrzeć na niektórych kolegów na scenie? (śmiech).

Rolę w tym gatunku zagrał Pan też w widowisku Janusza Dymka „Czarnobyl. Cztery dni w kwietniu”, innym przedstawieniu Telewizyjnego Teatru Faktu…

– Tak, w tamtym przypadku była to postać prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego, czyli też figura nomenklaturowego prezesa, z charakterystycznymi rysami zachowania takiego sportowego działacza. Nawiasem mówiąc, mimo zmiany ustroju, takie typy spotyka się i dziś. Widać każda władza, jak by nie była, wytwarza taki wspólny mianownik typu „wicie, rozumicie”.

Jak wspomina Pan samą realizację przedstawienia?

– Jak pracę na planie filmowym. Właściwie poza formalnym zakwalifikowaniem do kategorii Teatru Telewizji, niewiele przypominało to moje dotychczasowe doświadczenia pracy w realizacjach z zakresu tego gatunku. Pracowaliśmy wyłącznie w plenerach i wnętrzach naturalnych, a rytm akcji i dialogi były zdecydowanie filmowe.

Co Pan najlepiej wspomina z realizacji?

– Współpracę ze Zdzichem Wardejnem, który grał Pułkownika MSW. To świetny kolega i twórczy aktor, mający poza tym doświadczenia z tamtych czasów, dość dramatyczne i barwne.

Z Teatrem Telewizji zaczął Pan współpracować w 1971 roku…

– Już 42 lata, jak ten czas leci. To było w ośrodku poznańskim, u Izy Cywińskiej. Zapamiętałem dobrze pierwszą rolę, bo to było w „Nocach i dniach” Dąbrowskiej. Potem Iza zaangażowała mnie do dwóch realizacji ze swojej ulubionej literatury rosyjskiej, do „Płaszcza” Gogola i do „Śmierci Tarełkina” Suchowo-Kobylina. Zagrałem też w „Kobrze” według Raymonda Chandlera wyreżyserowanej przez Marka Piestraka. W sumie było kilkanaście realizacji z moim udziałem.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński

„Operacja Reszka” – Witold Dębicki: zaskoczyć widza

„Operacja Reszka” – Witold Dębicki: zaskoczyć widza

Witold Dębicki, to idealna marka do grania oficerów policji, agentów różnych służb, a czasem gangsterów?

– Dziś bardziej niż kiedykolwiek reżyserzy i producenci angażują aktorów według typu.  W panujących dziś warunkach produkcyjnych wolą nie eksperymentować i mieć pewny efekt. W sumie jednak nie ma w tym nic nagannego. Nie ma takiej roli, żeby nie można było powiedzieć czegoś od siebie, jeśli się tylko chce i potrafi. Ja staram się w każdej z moich ról tego typu, o którym pan wspomina, dać coś różnicującego, coś odmiennego, czymś widza zaskoczyć.

A Pana coś zaskoczyło w tej produkcji?

– Aktora z takim stażem i doświadczeniem trudno czymś zaskoczyć, ale pierwszy raz pracowałem w teatrze telewizji, którego realizacja przypominała typowy plan filmowy, a momentami pracę nad dokumentem.

Jak Pan ocenia dziś swoją pozycję w zawodzie?

– Nie jestem jeszcze w nastroju do podsumowań, nie zamierzam jeszcze odkładać łyżki, ale po skończeniu w tym roku siedemdziesiątki częściej zacząłem zastanawiać się nad tym, co osiągnąłem  tym zawodzie. Myślę, że mogę określić się jako aktor podpórka, aktor pomocniczy. Z tego punktu widzenia aktorzy dzielą się na dwie kategorie: na tych pierwszoplanowych, ze słynnymi nazwiskami i tych z drugiego czy nawet trzeciego planu. Kiedyś czytałem wywiad ze znanym amerykańskim aktorem Robertem Duvallem, który powiedział, że przyjemnie jest grać ciekawą rolę drugoplanową, ale równie ciekawie iść po czerwonym dywanie i być obserwowanym przez kobiety, które wpływają na obsadę filmów.

Które ze swoich ról teatralnych uważa Pan za szczególnie ważne?

– Podobnie jak w przypadku filmu, trudno mi to oceniać. Myślę jednak, że najbardziej cenię sobie role, które są owocem mojej aktorskiej dojrzałości, czyli role  z ostatniego dziesięciolecia. Mam na myśli poznańskie role, tytułowego „Ryszarda III”, Ojca Laurentego w „Romeo i Julii” czy króla Klaudiusza w „Hamlecie”, czyli role szekspirowskie. Bardzo dobrze czuję się też jednak w gatunku, jakim jest farsa. Nauczył mnie ją cenić reżyser Józef Słotwiński.

U którego grał Pan w Teatrze Telewizji…

– Tak, sporo tam grałem. Pamiętam kłopoty z uwierającą mnie peruką w „Intrydze i miłości” Schillera w 1972 roku właśnie w reżyserii Słotwińskiego. Ta peruka właściwie położyła mi rolę. Cenię też sobie rolę Pismaka w „Cyklopie” Władysława Terleckiego, sztuce o margrabim Wielopolskim, w reżyserii Izy Cywińskiej, gdzie grałem z moim świetnym, starszym kolegą, który także uczył mnie zawodu, Januszem Michałowskim. Dodam jednak, że nie lubiłem grać w tekturowych dekoracjach i satysfakcją przyjąłem wyjście teatru telewizji w plener i naturalne wnętrza.

Jakie zdarzenie Pana karierze uważa Pan za najbardziej niezwykłe?

– Los sprawił, że przy okazji mojego debitu w filmowym epizodzie w „Życiu raz jeszcze” zetknąłem się z moim profesorem, wielkim Tadeuszem Łomnickim. 28 lat później, w Teatrze Nowym w Poznaniu byłem świadkiem jego śmierci na scenie. Pamiętam, jak upadł za kulisami, jak wołano czy jest lekarz, jak wezwano pogotowie i jak dotarła do nas wiadomość, że nie żyje. Niesamowity, symboliczny nawias.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Krzysztof Lubczyński