Teatr Telewizji TVP

wywiady

Teresa Budzisz-Krzyżanowska: wolę mówić o innych

Teresa Budzisz-Krzyżanowska: wolę mówić o innych

Jak wyobraziła sobie Pani swoją postać po otrzymaniu propozycji od reżysera?

– Bardzo nie lubię mówić o swojej pracy, bo uważam, że jej ocena nie do mnie należy. Mogę tylko powiedzieć, że zawsze jestem niezadowolona z siebie, z efektu moich starań. I tym razem też nie chcę mówić o sobie. Wolę powiedzieć o wspaniałej grze moich byłych studentów, Agnieszki Grochowskiej, Piotra Adamczyka czy Marcina Hycnara.

A o pracy nad samym spektaklem?

– O tym chętniej. Praca z Feliksem Falkiem była dla mnie prawdziwą artystyczną i intelektualną przygodą. Był on znakomicie przygotowany do tej realizacji. Jest reżyserem bardzo wybitnym, wnikliwym, świetnym analitykiem tekstu. Taka praca nie zdarza się często. Wiele rozmawialiśmy o materii spektaklu, o temacie, o motywacjach postaci, o tle historycznym. A przy okazji przeczytałam podsuniętą mi przez Feliksa biografię Hannah Arendt. To dla mnie dodatkowy pożytek z tej pracy.

Jaki miała Pani pomysł na tę rolę?

– Jak już powiedziałam, będę konsekwentna i nie będę mówić o sobie i swojej roli. Mogę natomiast z pełnym przekonaniem powiedzieć, że po obejrzeniu przedstawienia na specjalnym pokazie, podziwiałam kunszt reżysera oraz wspaniałą grę Agnieszki i kolegów. Uważam, że spektakl jest naprawdę bardzo dobry, wciągający i z czystym sumieniem mogę polecić go telewidzom.

Mówi Pani o sobie z taką skromnością, a przecież otrzymała Pani za swoją rolę, podobnie jak Agnieszka Grochowska, nagrodę na ubiegłorocznym sopockim Festiwalu Dwa Teatry.

– Naprawdę nie wiem, dlaczego ją otrzymałam, ale na pewno należała się Agnieszce.

Dziękujemy za rozmowę.


Rozmawiali Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Piotr Adamczyk: nie polubiłem Heideggera

Piotr Adamczyk: nie polubiłem Heideggera

Pamięta Pan pierwszą swoją myśl lub emocję po tym jak Feliks Falk zaproponował Panu zagranie Heideggera?

– Przede wszystkim odczułem radość z tej propozycji. Możliwość pracy nad dobrym tekstem, podejmującym ciekawą problematykę, a także możliwość zagrania słynnego filozofa, to prawdziwa artystyczna satysfakcja. A przy tym naprawdę nieczęsto się zdarza, bo w filmie z wybitną literaturą spotykamy się rzadko. Teatr Telewizji stanowi swego rodzaju kulturalną niszę.

Czy od razu przyszedł Panu do głowy klucz interpretacyjny tej postaci, pomysł jak ją zagrać?


– Nie. Klucz znalazłem już w trakcie pracy. Przydarzyło mi się coś, co rzadko mi się zdarza przy graniu nawet bardzo negatywnych postaci – nie znalazłem w Heideggerze nic, co bym w nim polubił. Rozumiałem jego fascynację młodą studentką, podziwiałem za to, że był wybitnym filozofem, usprawiedliwiałem to, że pomylił się uznając przed wojną Hitlera za wybawcę narodu niemieckiego. Jednak czytając o nim i oglądając dostępne materiały filmowe odebrałem go jako antypatycznego człowieka.

Nie znalazł Pan nic, w oparciu o co chciałby Pan pokazać w nim choć okruch dobra? Pobronić go, jak czasem mówią aktorzy?

– Znalazłem. I dzięki uwagom Feliksa Falka także broniłem. Sztuka opowiada o miłości, czy romansie filozofa ze znacznie młodszą od niego, piękną i utalentowaną studentką. Czy to była wielka miłość, czy tylko fizyczna i intelektualna fascynacja starszego mężczyzny młodą kobietą? Na to pytanie będzie z pewnością odpowiadał sobie widz naszego spektaklu. Heidegger był niewątpliwie fascynującą osobowością także dlatego, że kontrowersyjną.

Jakie wrażenia wyniósł Pan z pracy na planie?


– Bardzo dobry reżyser i bardzo dobry tekst, grałem z aktorką, którą lubię i cenię: Agnieszką Grochowską – to wszystko gwarantowało satysfakcję i wielką przyjemność w tej pracy.

A samo skonstruowanie postaci było dla Pana trudnym wyzwaniem?


– I tak i nie. Sztuka Savyon Liebrecht jest naprawdę znakomicie napisana. Świetnie przetłumaczone dialogi, same prowadziły aktora. Wystarczyło – jak się to mówi w aktorskim slangu – pójść za tekstem.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Marcin Hycnar: zagadkowy gość

Marcin Hycnar: zagadkowy gość

Grany przez Pana młody człowiek ma na imię Michael. Jaką funkcję pełni w przedstawieniu?

– Podaje się za doktoranta filozofii Uniwersytetu w Jerozolimie i przychodzi do Hannah Arendt, deklarując chęć rozmowy o Adolfie Eichmannie, twórcy i realizatorze nazistowskiego planu Holocaustu. Michael przychodzi do niej jako do autorki głośnej książki „Eichmann w Jerozolimie. O banalności zła”. Jej opowieść w reakcji na jego pytania uruchamia sceny wspomnieniowe. Użyłem zwrotu „podaje się”, bo jego rzeczywista rola, jaką odegra w stosunku do swojej rozmówczyni, jest tajemnicą. Nie chcę jej jednak ujawniać przed spektaklem, by nie odbierać przyjemności widzom. W tej wielowarstwowej sztuce jest zresztą więcej zagadek i zaskoczeń.

Czy to oznacza, że sztuka Savyon Liebrecht zawiera w sobie elementy sensacyjne?

– Na pewno nie jest to kryminał, ale kryje w sobie zagadki i napięcia, które jak myślę, mogą udzielić się widzom.

Jak doszło do tego, że Feliks Falk zaproponował Panu tę rolę?

– Miałem zamiar przystąpić do castingu, ale z powodu ważnych zajęć zawodowych nie mogłem pojawić się w wyznaczonym terminie. Mimo to, reżyser Falk powierzył mi tę rolę, co traktuję jako duże wyróżnienie.

Co sprawiło Panu największą satysfakcję w czasie realizacji?

– Jak zwykle w przypadku Teatru Telewizji, możliwość spotkania z dobrą literaturą, co w filmie zdarza się bardzo rzadko. Po drugie, mieliśmy ciekawe próby, w czasie których formował się kształt spektaklu i funkcje aktorów. I po trzecie, dane mi było grać z moją panią profesor z Akademii Teatralnej, Teresą Budzisz-Krzyżanowską. To samo w sobie było wspaniałym, emocjonującym przeżyciem. Pani profesor była zresztą moją jedyną partnerką, grałem tylko we dwójkę z nią. Bardzo mnie inspirowała i pomagała mi. Jestem jej bardzo wdzięczny. I cieszę się, że mogłem zagrać w tak znakomitym aktorskim składzie.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

Agnieszka Grochowska: Hannah Arendt – kobieta z tajemnicą

Agnieszka Grochowska: Hannah Arendt – kobieta z tajemnicą

Jak przyjęła Pani propozycję zagrania Hannah Arendt?

– Spotkałam Feliksa Falka wracając z próbnych zdjęć do „Wałęsy”, gdzie zagrałam Danutę Wałęsową. Wtedy pan Falk powiedział: „No, to pani może zagrać i u mnie”. I tak się zaczęło. W czasie realizacji był problem z moimi włosami, które do roli Wałęsowej ścięłam, a Hannah Arendt miała piękne, długie włosy. Charakteryzacja dokonała jednak takich tricków, że wszystko się udało. To była super propozycja, bo dotyczyła wybitnej postaci XX wieku. Także dlatego, że było to ciekawe zadanie aktorskie związane z koniecznością zbudowania postaci na przestrzeni długiego fragmentu życia, od wczesnej młodości do wieku dojrzałego.

Od czego zaczęły się przygotowania do roli?

– Pan Falk podrzucił nam do lektury książki Hannah Arendt i publikacje o niej. Uważam, że w tym przypadku było to niezbędne. Oglądaliśmy też w internecie dokumentalne materiały filmowe z Arendt i Heideggerem, co prawda już  w późniejszej, grubo powojennej fazie życia. No i liczne zdjęcia. To oczywiste, że człowiek zmienia się w ciągu życia, ale zauważyłam, że Hannah Arendt zmieniała się tak bardzo, że trudno jej zdjęcia z różnych faz życia „poskładać w całość”. To było dodatkowym wyzwaniem aktorskim.

O co Pani „zahaczyła się” w tej roli najbardziej?

– O to, że ta kobieta miała wybitny intelekt, a poza tym weszła w życie zakochana w starszym od siebie mężczyźnie, który był wielkim autorytetem, uważanym za geniusza. Biorąc pod uwagę obyczajowość tamtych czasów, lat dwudziestych, jej relacja z Heideggerem nie da się porównać z niczym obecnym. Poza tym, czymś tajemniczym, trudno zrozumiałym, było ich ponowne spotkanie po wojnie, po tym co się zdarzyło, po Holokauście, którego ona była ofiarą, podczas gdy on był ideologiem nazistów. Fakt, że była w stanie ponownie się z nim spotkać i rozmawiać, pozostaje dla mnie nadal zagadkowy. Ona oczekiwała od niego przynajmniej jakiegoś ludzkiego odruchu, przeprosin – choć za to, co się stało trudno przeprosić – ale nawet tego się nie doczekała. Heidegger powiedział jej: „Jeśli mnie Hitler przeprosi, to ja cię przeproszę”, co jest w naszej scenie z Andrzejem Grabowskim. W jej losie znamienne było jednak także to, że z powodu swoich poglądów została potępiona przez liczne kręgi żydowskie. Uważano, że ona usprawiedliwia, wybiela nazizm.

Andrzej Grabowski: lubię tragikomizm

Andrzej Grabowski: lubię tragikomizm

Propozycja zagrania tego wielkiego filozofa niemieckiego bardzo Pana zaskoczyła?

– Każda propozycja reżyserska jest jakimś zaskoczeniem. Przede wszystkim propozycja Felka Falka bardzo mnie ucieszyła. Także dlatego, że kiedyś bardzo interesowałem się filozofią, również przemyśleniami samego Heideggera. Nie zgłębiłem go jakoś szczególnie, ale poznałem w ogólnych zarysach. Szczególnie zainteresowała mnie jego biografia, przystąpienie do hitleryzmu, do narodowego socjalizmu, a także historia jego związku z Hannah Arendt.

Jaka była Pana pierwsza myśl co do sposobu ujęcia aktorskiego tej postaci?


– Myśli się kłębiły, ale trudno to ująć w słowach. Wszystko się skrystalizowało podczas prób i realizacji. Praca z Felkiem była fascynująca, był świetnie przygotowany.

Pokazuje Pan Heideggera jako złego człowieka, czy próbuje go Pan bronić?

– Mam tam tylko jedną, choć sporą scenę, więc nie mam możliwości szerszego rozwinięcia postaci. Jestem świadomy, że Heidegger miał legitymację NSDAP, że donosił na kolegów. Jednak stary Heidegger, którego gram, jest już u schyłku życia, po wszystkich przejściach, więc chciałem to uwzględnić i nie zrobiłem z niego potwora.

Feliks Falk, reżyser spektaklu, powiedział, że wybrał Pana do tej roli spośród wielu potencjalnych wykonawców, także dlatego, że uważa Pana za znakomitego aktora dramatycznego…

– Bardzo miło mi to słyszeć.

Czy z uwagi na to, że w ostatnich latach gra Pan częściej role komediowe, farsowe, ta na wskroś dramatyczna rola przyniosła Panu szczególną satysfakcję?

– Na pewno, choć podkreślmy i to, że zagranie roli komediowej jest z punktu widzenia warsztatowego niejednokrotnie trudniejsze niż dramatycznej. To prawda, że od lat masowa widownia kojarzy mnie głównie z rolami komediowymi, kabaretowymi, z lekką muzą, a w szczególności z rolą najbardziej kiepskiego obywatela polskiego. (śmiech). Mnie bliskie są obie formuły aktorskie, a najbardziej cenię sobie tragikomiczność, czyli dramatyzm i komizm w jednym. Nie oglądałem jeszcze spektaklu, o którym mówimy, ale uważny widz dostrzeże, że także w roli Heideggera starałem się, bardzo, bardzo delikatnie przemycić nutkę może nie humorystyczną, ale jakiegoś rodzaju dystansu. Nigdy jednak nie wiadomo, jak odbiorą to widzowie. Nie od dziś pisarze dowiadują się od literaturoznawców, co mieli na myśli pisząc powieść, a aktorzy od recenzentów lub krytyków, że zagrali coś, co nawet na moment nie przyszło im do głowy.

Dziękujmy za rozmowę.

Rozmawiali Krzysztof Lubczyński i Paweł Pietruszkiewicz

ZOBACZ WIDEO
Andrzej Grabowski zaprasza na spektakl

Feliks Falk: miłość i mózg w „Rzeczy o banalności miłości”

Feliks Falk: miłość i mózg w „Rzeczy o banalności miłości”

Ile w tej sztuce będzie o miłości, a ile o filozofii, biorąc pod uwagę, że bohaterami sztuki jest para wybitnych myślicieli?

– W tej sztuce przenikają się różne tematy, jest wielopoziomowa. Głównym tematem jest miłość, ale nie można jej oderwać od tego, kim byli ci ludzie i w jakich historycznych warunkach żyli – w latach rodzenia się nazizmu. Na tym tle rozwija się uczucie, pełne wzajemnej fascynacji: z jednej strony podziwu ze strony Hannah Arendt dla Martina Heideggera, jako wielkiego myśliciela, a także jako mężczyzny, a z drugiej – jego fascynacji inteligencją i chłonnością intelektualną Hannah. Zaintrygowała mnie miłość, która nie powinna zaistnieć nie tylko z uwagi na dużą różnicę wieku, dwudziestu lat; gdy ich romans się zaczął, ona miała osiemnaście lat, on trzydzieści osiem. Nie powinna też zaistnieć z uwagi na to, że ona była Żydówką, a on Niemcem o, jak się później okazało, poglądach nacjonalistycznych. Ona była ofiarą wojny, a on poparł Hitlera. Ich uczucie trwało jeszcze po wojnie, gdy Heidegger był skompromitowany moralnie, a Hannah odniosła sukces w USA jako filozofka polityki. To było niezwykłe uczucie – jak byśmy to dziś powiedzieli – ponad podziałami.

Sztuka teatralna nie może był wykładem poglądów filozoficznych, ale czy ich elementy znalazły się w dialogach?


– Nadmiar filozofii mógłby zanudzić widzów. Czasami elementy filozofii Heideggera służą tutaj przewrotnie grze miłosnej. A czasami dotyczą tego, co Heidegger głosił, a co później zostało skompromitowane. Z reakcji widzów, którzy oglądali ten spektakl, wiem, że raczej identyfikowali się z postaciami bardziej na płaszczyźnie emocjonalnej niż intelektualnej. Są też elementy poświęcone słynnej książce Hanny Arendt „O banalności zła”, która wzbudziła krytykę środowisk żydowskich, a także m.in. ocena powojennego państwa Izrael.

Czy w sztuce jest jakieś wyjaśnienie, dlaczego Heidegger poparł nazizm?


– Są pewne sygnały, dlaczego ten filozof, myśliciel, poparł Hitlera i realizował jego antysemicką doktrynę. Jednym z wyjaśnień, co nie znaczy – usprawiedliwieniem, był lęk przed komunizmem i wiara w wyższość ducha niemieckiego, którego może przywrócić jedynie silna władza.

Czy przygotowując się do ról, aktorzy zagłębili się trochę w myśl swoich postaci?

– Nie do tego stopnia, żeby czytać hermetyczne i mało dla kogo zrozumiałe pisma Heideggera. Poznali jednak biografie bohaterów, a także wydaną niedawno po polsku korespondencję między Arendt a Heideggerem. Zanim przystąpiliśmy do realizacji, sporo rozmawialiśmy o postaciach i kontekście historycznym, zadawaliśmy sobie pytanie, czy miłość Heideggera była autentyczna i głęboka, a także o jego postawę moralną. O to, jakim był człowiekiem? To była przecież nie tylko posągowa postać, jak go postrzegamy dziś, ale także zwykły mężczyzna, który lubił kobiety.

Ewa Wiśniewska: wiedza Jarockiego wprawiła mnie w osłupienie

Ewa Wiśniewska: wiedza Jarockiego wprawiła mnie w osłupienie

Z Jerzym Jarockim jako reżyserem zetknęła się Pani późno…

– Tak, bo on przez lata pracował głównie w Krakowie, a jeśli w Warszawie, to w nie w tych teatrach, w których ja byłam. Spotkaliśmy się dopiero w 2004 roku w Teatrze Narodowym przy „Błądzeniu” według Gombrowicza, gdzie grałam „wielopostać” składającą się z Ciotki, Hrabiny, Królowej Małgorzaty. Już w trakcie prób czytanych wiedza tego człowieka wprawiła mnie w osłupienie. Jestem bardzo doświadczoną aktorką, pracowałam z wieloma reżyserami, nie daję sobie łatwo w kaszę dmuchać, ale przy wiedzy Jerzego czułam się jak mała dziewczynka. To był nie tylko reżyser, ale także erudyta i mędrzec. Próby czytane, to były niemal seminaria naukowe. Jednocześnie z tą wiedzą Jerzy prezentował ogromną pokorę artystyczną, więc tego nie należy kojarzyć z jakąś pychą. Bywał szorstki, ale nigdy pyszny, zarozumiały.

W 2008 roku odbyła się premiera „Błądzenia” w Teatrze Telewizji.

– Z konieczności nieco skrócona, co też dotyczyło mojej roli. Jerzemu teatr Telewizji bardzo odpowiadał. On kładł niesłychanie silny akcent na aktora, a ten teatr, dzięki możliwości zbliżeń i operowania planami, daje to, czego nie można osiągnąć w teatrze żywym. Chyba już wtedy Jerzy myślał o wystawieniu „Tanga” Mrożka i zobaczył mnie w roli Eugenii. Premiera odbyła się w 2009 roku. Po jakimś czasie Jerzy doszedł do wniosku, że przeniesie to przedstawienie, tak jak „Błądzenie”, na scenę telewizyjną. I zrealizowaliśmy je. Okazało się, że niemal dosłownie w ostatniej chwili, bo już go z nami nie ma. To wielka starta dla polskiej kultury, nie tylko teatru.

Kim jest Eugenia w Pani wykonaniu?

– To przedstawicielka najstarszego pokolenia. Próbuje walczyć ze starością, udawać młodą, przez pewien czas ulega ekstrawagancjom i szaleństwom Stomila i Eleonory. Nosi młodzieżową garderobę. W końcu jednak życie jej się nudzi, kładzie się na katafalku i umiera. Wydaje mi się, że ta postać pokazuje niemożność ucieczki od nieuchronności i konieczność pogodzenia się z nią. Ale oczywiście Mrożek to nie jasełka i jego postaci są wieloznaczne, można z nich wydobywać różne znaczenia.

Zagrała Pani wiele ról w Teatrze Telewizji, począwszy od Doroty w „Drodze do Czarnolasu” A. Maliszewskiego w 1964 roku, a skończywszy, jak dotąd na roli w „Boulevard Voltaire” Andrzeja Barta w jego reżyserii.

– To ciekawy tekst o stereotypach w relacjach polsko-żydowskich i o tym, jak są one żywotne, nawet daleko od kraju.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

WIĘCEJ INFORMACJI O SPEKTAKLU

Dominika Kluźniak: wzrok, słuch i serce

Dominika Kluźniak: wzrok, słuch i serce

Proszę opowiedzieć o Matyldzie…

– Matylda pochodzi z Brazylii, skąd wyjechała po śmierci swoich rodziców. Przyjechała do Nowego Jorku, gdzie podjęła pracę sprzątaczki. Los chciał, że trafiła do ciekawego domu, w którym próbuje jakoś skonstruować swoje życie na nowo. Jest osobą spontaniczną, która zawsze mówi to co myśli.

To głównie Matyldy dotyczy tytuł sztuki?

– Po części tak, bo rzeczywiście w tym domu trzeba trochę posprzątać. Posprzątać muszą w swoim życiu także wszystkie kobiety z tej sztuki. To sztuka o wielu sprawach. Matylda nie może się pozbierać po śmierci rodziców, ma poczucie, że o wielu sprawach im nie powiedziała. Mam wrażenie, że każdy z nas ma takie doświadczenie, które wiąże się z poczuciem, że z pewnymi osobami nie uporządkował relacji, nie wyraził tego co chciał, że czegoś się nie dowiedział czy czegoś nie zrozumiał, że został przez kogoś odrzucony czy opuszczony. I bywa, że uświadamia to sobie często wtedy, gdy jest już za późno na odkręcenie tego.

Sens tej sztuki jest tym bardziej metaforyczny, że Matylda, zatrudniona do sprzątania, nie lubi sprzątać…

– Pierwsze zdanie, które pada w tej sztuce mówi o tym, że jest sprzątaczką, która ma depresję i nie chce się jej sprzątać. Już samo to jest ciekawym punktem wyjścia. Bo to także rzecz o tym, że musimy często robić rzeczy, które są nam obce, niewygodne, dokuczliwe.

To sztuka bardziej do śmiechu czy do refleksji?

– Mam nadzieję, że do jednego i do drugiego. Jest w niej takie bogactwo, że każdy widz może w niej znaleźć coś dla siebie. Nasza grupa aktorska w tym przedstawieniu starała się działać nie tylko na wzrok i słuch widza, ale też na jego serce. Mam też nadzieję, że widzowie bardziej oczytani znajdą w tym przedstawieniu jakieś odniesienia do latynoskiego realizmu magicznego w literaturze, czy do takiej poetyki, jaką znajdujemy w filmach Carlosa Saury. Tam świat realny łączy się i splata ze światem magicznym, duchowym. To typowe dla duchowości południowoamerykańskiej, którą ta sztuka jest nasycona.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

Wiktoria Gorodecka: ciągle coś do posprzątania

Wiktoria Gorodecka: ciągle coś do posprzątania

Ana jest…

– Szalona, zmysłowa, odważna. Trafia do Stanów Zjednoczonych i nagle zakochuje się w Charlesie, lekarzu i małżonku innej kobiety. Z wzajemnością.

O czym jest ta sztuka?

– O miłości, szczerości, o swobodzie w życiu lub jej braku. O relacjach między kobietami, między kobietą a mężczyzną, między kochankami.

Jakie są relacje Any z innymi kobietami?

– Wydaje mi się, że one podskórnie zazdroszczą jej odwagi, swobody i szczerości, na którą same nie potrafią się zdobyć.

A jak interpretuje Pani tytuł sztuki? Realistycznie czy metaforycznie?

– I tak i tak. Wątek zwykłego, fizycznego sprzątania tu przecież jest. Ale myślę, że chodzi też o metaforyczny sens tego słowa. Bo my w naszym życiu ciągle coś sprzątamy – wokół siebie, w naszych głowach, w cudzych głowach. Ciągle sprzątamy i ciągle jest coś do posprzątania. Życie to jedno wielkie sprzątanie.

 Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński

Aleksandra Konieczna: opanować chaos

Aleksandra Konieczna: opanować chaos

Kim jest grana przez Panią Virginia?

– To kobieta, w której głowie jest chaos i która próbuje opanować ten chaos poprzez kompulsywne, natrętne sprzątanie. Ona próbuje za pomocą sprzątania opanować także chaos, który jest na zewnątrz, w otaczającym ją świecie.

Czy to oznacza, że tytuł „Posprzątane” oznacza uporządkowanie w sobie i na zewnątrz?

– Właśnie nie. Oznacza jedynie daremne próby takiego uporządkowania. Wymowa tytułu nie jest optymistyczna, bo jak wiadomo w języku potocznym „posprzątane” oznacza, że „to koniec”, koniec nadziei.

A przecież faktura sztuki zawiera wiele elementów komediowych, wesołych…

– To nie zmienia faktu, że pod tą warstwą kryje się to, co w tej sztuce dotyczy śmierci, cierpienia, miłości, zazdrości, rozpadu małżeństw. A to, że jest w tej sztuce wiele powodów do zaśmiania się, to oczywiste. Tam, gdzie powstaje napięcie między tym, co wysokie a tym, co niskie, zawsze jest powód do śmiechu. Do śmiechu prowokują także paradoksy.

Zagrała Pani w ponad trzydziestu spektaklach Teatru Telewizji, a pierwsze Pani role, jak choćby Róża w „Bezimiennym dziele” Witkacego czy Wendla w „Przebudzeniu”, nie były drugoplanowe, lecz główne…

– Na Teatrze Telewizji formowałam swoją duchową stronę od wczesnej młodości jeszcze jako widz. To forma bardzo odmienna i od teatru żywego, i od filmu i w gruncie rzeczy nie wiem, do którego z nich jest jej bliżej, a może jednakowo daleko. Jako dla aktorki, jest to dla mnie forma bardzo ważna.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Krzysztof Lubczyński